Telefonowi mojej Żony skończyła się gwarancja, co oznacza, że niemal natychmiast zaczął szwankować. Nie wiem, czy pracują nad tym sztaby inżynierów, czy to czysty przypadek, ale czas używania wielu urządzeń odpowiada mniej-więcej okresowi gwarancji. Zanim gwarancja minie (a klawisze zaczną się zacinać), dzwoni telemarketer i proponuje do wyboru kilka nowych aparatów. Dla normalnego człowieka nie różnią się one niczym poza nazwami przypominającymi imiona robotów z “Gwiezdnych wojen”. Fani z kolei podniecają się ilością nowych opcji.

Czasy, w których telefony służyły do dzwonienia minęły bezpowrotnie. Teraz telefon ma lepsze parametry robienia zdjęć, niż kiedyś aparat fotograficzny i mieści więcej danych, niż mój pierwszy komputer. Mogę w nim ściągać pocztę, surfować po Internecie, a nawet otwierać pliki PDF (naprawdę, dokument A4 w wyświetlaczu 3,5×5 cm wygląda czadowo). Cenię sobie gry, ponieważ uprzyjemniają mi czas pobytu w pewnym miejscu, w którym czytać nie zawsze wypada.
Nie oznacza to, że z mojego telefonu mogę dzwonić. To znaczy, teoretycznie mogę, ale odkąd na pobliskim ratuszu postawiono antenę do przesyłania danych do nowych dowodów osobistych, aby porozmawiać muszę albo trzymać telefon i ucho przy szybie (i nie za bardzo machać głową), albo wyjść do przedpokoju. Moja sieć komórkowa oferuje mi coraz bardziej wypasione aparaty, ale niekoniecznie lepszy zasięg.
Być może gdybym znał się bardziej na nowoczesnych technologiach, doceniłbym zaawansowanie technologiczne producentów telefonów. Być może mój telefon mógłby mi posłużyć do zarządzania tym blogiem, a po podłączeniu odpowiedniej przystawki ugotowałby obiad. Niestety, technika nie jest moją najmocniejszą stroną, więc rozszyfrowanie opcji nowego aparatu zajmuje mi 2 lata. Akurat tyle, ile wynosi okres gwarancji. Wtedy telefon się psuje, wymieniam go na nowy, a że już nie produkują takiego, jak miałem, uczę się znów kolejnego aparatu. Da capo al fine.
W nowej nokii mojej Żony projektanci pomyśleli o ułatwieniu życia użytkownikom wysyłającym SMS-y. Jest więc 10 esemesowych szablonów, które wystarczy tylko uzupełnić, zamiast pracowicie wklepywać całość kciukami litera po literze.
Jakie są szablony, czyli najpotrzebniejsze wzory SMS-ów?
  1. “Do zobaczenia o…”
  2. “Do zobaczenia w…”
  3. “Nie mogę Ci pomóc”
  4. “Przyjeżdżam o…”
  5. “Sp. się. Będę tam o…”
  6. “W domu. Zadzwoń”
  7. “W pracy. Zadzwoń”
  8. “Zadzwoń, proszę”
  9. “Zebranie. Zadzwoń o…”
  10. “Zebranie odwołane”
Zauważ, że wśród tych najpotrzebniejszych (najpopularniejszych?) szablonów są tylko takie, która wiążą się z pracą lub z terminarzem. Najbardziej osobisty (“Nie mogę Ci pomóc”) raczej burzy kontakt, niż go podtrzymuje. Nie ma szablonu “Kocham Cię” ani nawet skrótowego “Myś. o Tobie” czy “Tęsk.”. Zapracowany biznesmen byłby wdzięczny za szablon “Nie cz. z kolacją”, mocniejszy od “sp. się”. Nie jestem też pewien, czy na pewno żadna kobieta nie wysłała żadnemu mężczyźnie SMS-a “Będziemy mieli dz.”. Lista szablonów kończy się jednak na “Zebranie odwołane”, a nie “Z nami koniec”.
Może dlatego, byśmy mówili takie rzeczy bezpośrednio albo wpisywali ręcznie, zamiast wyręczać się automatem?
Kiedy wysyłam firmowy mailing, niemal natychmiast mam w skrzynce kilkanaście automatycznych odpowiedzi “Jestem w delegacji” lub “Nie ma mnie w biurze”, często z tych samych skrzynek. Posiadacze tych adresów mają pewnie rodziny, ludzi którzy czekają na nich, a nie na raport z wyjazdu i rozliczenie zaliczki. Pół życia spędzają w podróży służbowej, więc telefon i służbowy laptop służy im także do porozumiewania się z bliskimi. W Polsce jest kilkadziesiąt milionów aktywnych kart SIM – czy ktoś uwierzy, że wszystkie SMS-y dotyczą tylko spraw zawodowych? Telefonem, mailem, wpisem na gadu-gadu chcemy wyrazić wszystkie te emocje, które wyrazilibyśmy twarzą w twarz, ale nie mamy okazji lub odwagi się spotkać. Postęp techniczny wcale nie dał nam więcej czasu dla siebie.
Właśnie dlatego wcale nie zżymam się na nowe technologie komunikacyjne. Z maila korzystam częściej niż z telefonu i wolę to od wielu spotkań rozbijających cały dzień. Tak jak hieroglify, tabliczki klinowe i sznurki kipu miały swoje pięć minut, a dzisiaj są w muzeach, tak szlachetna sztuka epistolografii ustąpiła miejsca netykiecie. “Wielce Szanowny Panie Jerzy!” ustąpiło miejsca krótszemu “Witam”. Czy to dobrze? Nie wiem, to już się stało.
Moja koleżanka po posłaniu córki do pierwszej klasy z przerażeniem odkryła, że jej dziecko zamiast uczyć się pisać wpisuje tylko pojedyncze słowa do gotowych wydrukowanych zdań w “zeszycie ćwiczeń”, albo nawet zamiast tego umieszcza odpowiednią naklejkę. Rozmawiając o tym uświadomiliśmy sobie jednak, że ten proces trwa od dawna. Kiedyś w ostatniej klasie podstawówki uczyliśmy się pisać życiorys (“Ja Jerzy Zbigniew Rzędowski urodziłem się… z ojca Zbigniewa…”), teraz uzupełnia się dane w gotowym szablonie CV, gdzie pełne zdania są wręcz niepożądane. Kiedyś kartka z życzeniami wymagała wymyślenia i wypisania tekstu, dziś tekst jest gotowy, wystarczy go podpisać.
Zwięzłe CV upraszcza życie HR-owcowi przyjmującemu do pracy, ale w większości wypadków tak się nie da komunikować. Nie da się wklejać słów do gotowych miłosnych wyznań. Szef nie zbuduje szablonami zespołu gotowego iść za nim w ogień. Wyuczonymi formułkami o “kreatywności”, “dyspozycyjności” i “odporności na stres” da się może przejść rozmowę kwalifikacyjną, ale nie znajdzie pracy naprawdę satysfakcjonującej. Telemarketer trafi wreszcie na klienta, z którym nie pogada przy pomocy rozpisanego na kartce algorytmu. Na przykład na mnie lub na moją Żonę – wiem, jesteśmy okropni, bo uwielbiamy rozbijać im te wbite do głowy formułki, ale sami są sobie winni (oj, to temat godzien osobnego felietonu).
Jakie są granice standaryzacji w porozumiewaniu się między ludźmi?
Czy procedura może zastąpić brak empatii i inteligencji, niezbędnych w każdej rozmowie?
Czy miejsce dawnego savoir-vivre’u, formalistycznego ale stanowiącego przemyślaną całość, precyzyjnie odróżniającego Drogą Pannę od Wielmożnej Pani, a zaproszenie na ślub od zawiadomienia o ślubie, zajęły szablony?
Czy można sobie ułatwić życie, nie spłycając go?
Pomyśl o tym.
Pzdr.
24.10.2010