Do skrzynki na listy dostałem pierwsze reklamy wyborcze. Z wolnym miejscem na numer listy (nie wiem, mam teraz sam sobie wpisać, czy jak?) i z błędami. Co ciekawsze ulotki zbieram, żeby potem mieć materiał porównawczy na moje szkolenia, ale grupą docelową nie jestem. Przed ostatnimi wyborami wykreślono mnie przez pomyłkę z rejestru wyborców – i niech już tak zostanie.
Dowcip głosi, że chodzenie na wybory w celu wybrania lepszych rządów (samorządów), to jak chodzenie do agencji towarzyskiej w celu wybrania sobie żony. Mi przychodzi do głowy inne porównanie: gra w trzy karty.

Wybierasz Kaczyńskiego, podnosisz kartę, a tam Lepper. Wybierasz dekomunizację i walkę z “układem”, a tam peany na cześć Gierka, bo trzeba uściubić parę procent głosów lewicy.
Wybierasz Tuska i 15% VAT, podnosisz kartę, a tam Miro z Grzechem i VAT 23%. Wybierasz “partię miłości”, a tam “wojna domowa”“bydłem”“hodowcami zwierząt futerkowych”.
Oczywiście dotyczy to nie tylko polityki.
Wybierasz włażącego Ci w … “przedstawiciela handlowego”, ale to tylko wersja demo. Po podpisaniu umowy uprzejmy akwizytor dla którego “nie ma, panie Jerzy, rzeczy niemożliwych” znika jak sen złoty i zostajesz sam na sam z rzadko dostępną, niekompetentną infolinią dla już zwerbowanych jeleni.
Wybierasz lśniącą kolorami reklamę i zapach nowego samochodu w czasie jazdy próbnej, a potem dostajesz dwa miesiące czekania na brakującą część w serwisie, bo “wie pan, to akurat się często psuje”.
Wybierasz jedno z najsłynniejszych polskich SPA, które właśnie dostało kolejną gwiazdkę i reklamuje się jako przyjazne dla rodzin, a w pakiecie dostajesz zimny basen i menu nienadające się dla dzieci (dla dorosłych, szczerze mówiąc, też nie bardzo).
Wybierasz “moralny autorytet”, a dostajesz człowieka tuszującego sprawy, od których włos się na głowie jeży.
Od czasu do czasu ktoś odchodzi od stolika, głośno narzekając na oszustwo. Wydawałoby się, że to mała strata dla właściciela interesu, bo ciżba się tłoczy i amatorów gruszek na wierzbie nie brakuje. Jednak nawet takie pojedyncze dezercje mogą popsuć wizerunek rozdającego trzy karty. Co więc się dzieje?
Politycy stają na uszach, by zwiększyć wyborczą frekwencję. Telewizja nadaje reklamy agitujące do głosowania, sieci komórkowe rozsyłają spam “idź na wybory”, nawet księża wymyślili nowy grzech. Pojawiają się pomysły wydłużenia wyborów do dwóch dni. Chyba niedługo urny wyborcze będą instalowane w hipermarketach przy linii kas (jak zagłosujesz, dostaniesz w promocji małą gumową piłeczkę w barwach narodowych). Po co to wszystko? To proste.
Namawianie do udziału w wyborach to niezły socjotechniczny trick. Poszedłeś – nie krytykuj, bo sam wybrałeś. Nie poszedłeś – tym bardziej nie krytykuj, bo “mogłeś mieć wpływ, a sam zrezygnowałeś”. Można się chwalić wysoką frekwencją i zrzucić odpowiedzialność na wyborców (“naród wybrał”), choć z góry wiadomo, że po wyborach wcale nie będzie rządzić ugrupowanie z największą ilością głosów, tylko jakaś sklecona z kompromisów koalicja.
W pakiecie z ugrupowaniem mającym wypisaną na sztandarach walkę z korupcją i bezprawiem dostaniesz więc partię znaną z najciemniejszych interesów. Z partią uchodzącą za liberalną – najgorszych aferzystów ostatnich lat i podwyżkę podatków. Do tego zawsze jest jakieś zaplecze: nieuwikłany, sprawiający wrażenie porządnego (choć i nijakiego) ideowiec zawsze okazuje się być czyjąś pacynką. Zza pląsającego w dyskotekach “młodego, wykształconego, z dużego ośrodka” kandydata zawsze wychynie jakiś betonowy towarzysz z lat stanu wojennego. Ktoś uwierzy w nowoczesną twarz dobrze znanego polityka, reprezentowanego przez nowego rzutkiego PR-owca? Szybko zostanie sprowadzony na ziemię newsem o tym, że to tylko pic, że prezes brał silne leki i że po wyborach wracamy do normalności.
Myślisz, ze wybierasz wszechmocne bóstwo, które za pstryknięciem palcami zmieni oblicze kraju, zbuduje stadiony i obwodnice, wyleczy niepłodność i obniży podatki, a dostajesz człowieka. Bo to od początku był człowiek, tylko Ty wolałeś się łudzić, że to ktoś więcej. Że chce i może spełnić to, co obiecał.
Po prostu, oglądając przedwyborczy festiwal obietnic wierzyłeś, że wybierasz jakiegoś wszechwładnego faraona, który dekretem przywróci normalność i dostatek.
Jak długo chcesz być darmowym testerem socjotechnik?
Ile czasu możesz stać przy bazarowym stoliku wgapiony w trzy karty, by ktoś uznał, że najwidoczniej lubisz tę zabawę? Masz perwersyjną przyjemność z tego, że ktoś Cię robi w konia, czy naprawdę sądzisz, że w końcu wygrasz?
7.10.2010