11 listopada: dzień, w którym słowo “niepodległość” jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Dygnitarze składają kwiaty przed tablicami i pomnikami, harcerze prężą się na wartach honorowych, polonistki przygotowały patriotyczne akademie. Orkiestry dęte od tygodni ćwiczyły “Pierwszą brygadę”.
Wiesz, że przed wojną “Pierwsza brygada” była nawet kandydatką na hymn państwowy? Choć przegrała z “Mazurkiem Dąbrowskiego” (też pieśnią Legionów Polskich, ale z innego okresu), to chyba tylko dlatego, że państwo nie może mieć dwóch hymnów. Przez całe Dwudziestolecie – i znów od 1989 roku – “Pierwsza brygada”, obok “Roty”, towarzyszy narodowym obchodom.

Cofnijmy się na chwilę w czasie, do sierpnia 1914 roku. Zaczyna się wielka wojna, nazwana później pierwszą wojną światową, a w niej stają przeciwko sobie zaborcy Polski: Austriacy i Niemcy przeciwko Rosji. Na krakowskich Oleandrach Józef Piłsudski tworzy I Kompanię Kadrową, zalążek przyszłych Legionów. Za kilka dni tych 144 patriotycznie wychowanych chłopaków wymaszeruje w stronę Warszawy, aby zrobić to, o czym marzyli ich dziadkowie: wzniecić powstanie i przywrócić Polakom niepodległość. Jak zareagują sami zainteresowani?
“Krzyczeli, żeśmy stumanieli…”, napisali o tym później autorzy “Pierwszej brygady”. Krzyczeli? Bez przesady. Polacy byli po prostu obojętni. W Kielcach wchodzącą kompanię powitały trzaskające okiennice. Zamykano je, żeby nie widzieć i nie słyszeć “tych awanturników”. Naprawdę nikt nie miał ochoty mieszać w panującym dotąd porządku. Ludzie mieli pracę, mieszkania, plany na przyszłość. Niby co i po co mieli zmieniać? Ideały odfajkowywali idąc w niedzielę do kościoła i ewentualnie śpiewając tam o “ojczyźnie wolnej”, co to ją im “raczy wrócić Pan”.
Aha, zapomniałbym dodać, że nie robili tego pod przymusem. Rosyjski garnizon wyszedł z Kielc, zanim weszły tam dzieciaki od Piłsudskiego. Jedynymi, którzy przyłączyli się do polskiej armii byli członkowie strażackiej orkiestry (dlatego melodia rosyjskiego  marsza stała się melodią “Pierwszej brygady” – po prostu takie nuty zabrali strażacy). Próba wywołania powstania w Warszawie skończyła się gorzej, niż żałośnie. Kompania wróciła do Galicji.
Oczywiście, kiedy w listopadzie 1918 roku nie było już zaborców, a Piłsudski przejął władzę i ogłosił niepodległość Polski, nikt nie protestował. Były flagi wywieszane na domach, były patriotyczne pieśni śpiewane aż do ochrypnięcia, były tłumy na dziękczynnych nabożeństwach. Zniknęli pruscy i rosyjscy wynaradawiacze, którymi do dziś straszy się dzieci w szkołach – czy nastał raj na ziemi? Oczywiście, że nie.
Nie zniknęła bieda, ciemnota ani przestępczość. Maciejowski, najsłynniejszy międzywojenny kat, bywało że wieszał i po kilkudziesięciu zbrodniarzy miesięcznie. Miejsce skorumpowanych i niekompetentnych urzędników zsyłanych karnie z Rosji do “Priwislanskowo Kraja” zajęli nasi rodacy. Śmieszy Cię “Kariera Nikodema Dyzmy”? Pewnie dzięki genialnemu Romanowi Wilhelmiemu, bo mało kto zastanawia się nad światem w niej przedstawionym. Dołęga-Mostowicz naprawdę niewiele przesadził.
Wojna i PRL, o ironio, umocniły mit II Rzeczypospolitej jako kraju szczęśliwości i patriotyzmu. Polskie elity spoczęły w Katyniu i Palmirach, a jej potencjalni następcy – w gruzach Warszawy. Nieliczne inteligenckie niedobitki poparły nowych panów. Władzę objęli “chłopcy o twarzach ziemniaczanych”, jak nazwał ich cytowany już na tym blogu Zbigniew Herbert. Przy tym, co wyprawiali, wyczyny Dyzmy i jego kolegów wydają się dziś szczytem praworządności i rozsądku, a poza tym o zmarłych się podobno źle nie mówi.
“Pierwszą brygadę” śpiewają więc z namaszczeniem nawet ci, dla których Piłsudski powinien być wcielonym diabłem, choćby z racji jego stosunku do religii.
Każda epoka ma swoje protest-songi. “Pierwsza brygada”, “Dziwny jest ten świat”, “Mury” i “Przeżyj to sam” mogą być grane non-stop przez wszystkie rozgłośnie kraju, ale pozostaną intelektualną niszą. Większość i tak wybierze “Majteczki w kropeczki, łohohoho” i “Prawy do lewego, wypij kolego”, bo nie zrozumie, co ma “przeżyć sam” i dlaczego “mury rosły”. Zaśpiewa, bujając się wraz z tłumem, ale nie zrozumie.
Porywy serc, jak morza zniczy w żałobie narodowej albo gromadne obchodzenie świąt, są tylko porywami, eksplozją sentymentów. Wypowiadane przy choince życzenia bywają mniej trwałe od samej choinki. Mechanicznie odklepywane co niedzielę pobożne formułki ulatują już przy wyjściu z kościoła. Nie musiało minąć wiele tygodni, by większość płaczących po papieżu i po pasażerach tupolewa (albo wieszających na samochodach biało-czerwone szmatki, bo polscy sportowcy akurat grali jakiś mecz) wyrzuciła ich z serca. By miała ich – pięknie to określił kiedyś Julian Tuwim – “wprost przeciwnie i niżej”.
A może miała ich tam zawsze? Może nie chodziło o wyrażenie szczerych uczuć, ale po prostu o to, że fajnie jest być w większości? Może Kielczanie w 1914 roku byli ze swoimi trzaskającymi okiennicami uczciwsi, bo chociaż nie udawali, że im zależy?
Tak naprawdę tu wcale nie chodzi o niepodległość państwową. Chodzi o Twoją osobistą niepodległość, a ona nie ma nic wspólnego z polityką. To o wiele więcej, niż potrząsanie totemem w barwach narodowych. To Twoja wolność decydowania. Wolność od bezmyślnego powtarzania złych nawyków, “bo tak się zawsze robiło”. Od ślepego podążania za innymi.
Potrzebna Ci jest w ogóle? Myślałeś o tym? Nie lepiej, jak ktoś decyduje za Ciebie?
“Pierwszej brygady” wcale nie pisano jako przyszły polski hymn. Była to pieśń rozczarowania, żalu, zawiedzionych nadziei, ale i hardości.
“Nie chcemy już od was uznania,
Ni waszych mów, ni waszych łez.
Już skończył się czas kołatania
Do waszych serc, …”
W oficjalnej wersji ten ostatni wers kończy się słowami “do waszych kies”. Dlaczego, skoro legionistom wcale nie chodziło o pieniądze? Nie wiadomo. Jest to jednak wariant w sam raz nadający się do śpiewania na patriotycznych akademiach ku czci. Słowa trochę bez sensu, ale ładnie brzmią.
Oryginalne zakończenie było jednak inne. Bardziej logiczne, ale i bardziej dosadne, więc nie usłyszysz go 11 listopada w telewizji. Chcesz wiedzieć, jak brzmiało – poszukaj. A jeśli jesteś ideowcem, który próbując uszczęśliwiać innych czasem zostaje sam, to może się nawet pod tym podpiszesz.
10.11.2010