W popularnym dowcipie baca sprzedawał na targu owczarka.
-Bardzo ładny, gazdo. Kupiłbym. Ile byście za niego chcieli?
-Milion złotych.
Ludzie stukali się w czoło, śmiali, baca twardo ceny nie opuszczał. Któregoś dnia zjawił się bez psa.
-Sprzedaliście go, gazdo?
-Ano sprzedałem.
-Za milion?
-Za milion.
-Niemożliwe! Jak?
-Wymieniłem na dwa koty po pięćset tysięcy.

Mikroekonomia bacy i jego nieznanego kontrahenta zagościła na dobre w naszej gospodarce i życiu społecznym.

Tysiące firm i instytucji napina muskuły i wykonuje w pocie czoła pracę wyceniając ją jak gaździnego owczarka. Setki tysięcy – nie, już miliony – zatrudnionych na umowach stałych, czasowych, jawnych i dwupłciowych pracuje jak maszyny, tyle że z tej pracy nic nie wynika.

Pomyśl.

Przy obecnym rozwoju komputerów lwią część zadań pracowników biurowych mogłyby wykonywać maszyny. Nie wychodząc z domu możesz przesłać swojemu klientowi na drugim końcu świata dowolne dane i rozliczyć się w dowolnej walucie. Firma kurierska dostarczy paczkę od Twoich drzwi do rąk odbiorcy w ciągu dosłownie godzin. Możesz współdzielić pliki ze współpracownikami gdziekolwiek są i zarchiwizować całą bibliotekę na nośniku wielkości jednej książki. Poza przymierzeniem butów i powąchaniem perfum możesz wybrać zdalnie i bez pośrednictwa sprzedawcy każdy towar. Skoro tak, to jakim cudem wciąż poszukiwani są ludzie do akwizycji, wciąż rosną nowe biurowce wielkich korporacji, a liczba urzędników w Polsce wzrosła w ciągu trzech ostatnich lat o 9%?

Skoro rozwój technologii skrócił czynności zajmujące kiedyś dni do godzin lub minut, to dlaczego pracujemy dłużej niż nasi rodzice? Skoro według spisu powszechnego nas ubyło, to dlaczego korki są większe? Jak można było dopuścić do sytuacji, w której za chwilę każdy podatnik “produkujący” podatki będzie miał na utrzymaniu swojego własnego przedstawiciela “budżetówki”?

Gdy pracę manufaktur zastępowały maszyny, redukowani pracownicy kierowali swą złość w stronę tych ostatnich niszcząc je swoimi chodakami – stąd zresztą nazwa “sabotaż”. Dziś saboty nie idą w ruch, bo ustawienie maszyny wcale nie oznacza likwidacji manufaktury. Mamy lepsze technologie, nowocześniejszy sprzęt i szybsze środki łączności, ale to wcale nie skróciło naszego czasu pracy. Dojeżdżamy do pracy samochodem dwupasmową ulicą, zamiast dorożką po bruku, ale zabiera nam to więcej czasu niż kiedyś. XIX-wieczne postulaty ośmiogodzinnego dnia pracy budzą dziś uśmiech.

Jak to możliwe? Jakim cudem roboty jest więcej, skoro jest jej mniej?

Każdy ustrój znajdował własny sposób poradzenia sobie z masami ludzi bez pracy, przekraczającymi dopuszczalny przez siebie poziom bezrobocia. Rewolucja francuska kazała wykopywać i zakopywać doły, reżimy totalitarne rozbuchały do granic absurdu administrację. Współczesny pseudokapitalizm w wymyślaniu niepotrzebnych zawodów i pozornej pracy wcale nie jest gorszy.

Dyplomowani specjaliści ekonomii i zarządzania, którzy nigdy nie zarządzali niczym poza swoim kieszonkowym. Magistrowie nauk politycznych czerpiący swe polityczne poglądy z “tygodników opiniotwórczych”. Produkowani hurtowo absolwenci pedagogiki, którzy… no po prostu, nie mieli innego pomysłu na życie, dzieci nie lubią, ale jakieś studia trzeba skończyć, nie? Cały ich alternatywny pomysł na życie, gdyby nie udało się załatwić pracy w urzędzie albo prześlizgnąć przez interview w korporacji, to nalewanie piwa w pubie w Dublinie. To nic hańbiącego, uczciwa praca (w odróżnieniu od załatwionego przez wujka przewracania papierów), tylko po co udawać kogoś, kim się nie jest?

Liczba tych którzy naprawdę wypracowują PKB (czyli PRODUKT Krajowy Brutto), tak pracowicie obliczany w tę i we wtę przez ekonomistów, z roku na rok żałośnie maleje. Oczywiście, politycy mogą sobie zaklinać rzeczywistość i w żonglowaniu danymi statystycznymi mają niemałą wprawę. Jeśli jednak nasza gospodarka jest zieloną wyspą, to chyba dlatego, że niczym jemiołą obrosła pasożytniczymi branżami i instytucjami. Agencje dzielące “fundusze”, towarzystwa zarządzające, firmy windykacyjne, spółki córki i wnuczki, wszelkiej maści inspekcje… Wszystko to nie produkuje dokładnie niczego, wysysając jedynie mniejsze lub większe środki z branży, na której akurat pasożytuje.

Ta jemioła oczywiście kogoś zatrudnia. Miliony ludzi w Polsce wykonują pracę zbędną. Gdyby którejś nocy nagle zniknęli (oczywiście wraz ze wszystkimi regulacjami powołującymi do istnienia ich miejsca pracy), to albo nikt nie zauważyłby braku, albo po chwilowym chaosie uwolniona gospodarka ruszyłaby z kopyta, oddychając z ulgą.

Jaki odsetek pracowników gminy wpływa swoją pracą na czystość ulic albo ich oświetlenie, a jaki robi rzeczy kompletnie zbędne z punktu widzenia mieszkańca? Za które zadania gminy – powiatu – województwa – państwa przeciętny obywatel chętnie by zapłacił, gdyby miał na to wpływ, a które służą tylko tym instytucjom i ich pracownikom?

Ile kosztowałyby żywność, gdyby jej cena nie musiała dźwigać garbu kilku szczebli pośrednictwa między rolnikiem, a konsumentem? Ilu ludzi pożywi się na produkcji gazetek zaśmiecających skrzynki pocztowe, ilu “przedstawicieli” rozda tony reklamowych gadżetów za wstawienie towaru na określoną półkę, zanim trafi on do koszyka nabywcy?

Ile kosztowałyby leki, gdyby ich cena nie zawierała kosztu bilboardów, ulotek, pensji “repów” i ukrytych – bo ustawa – giftów dla lekarzy? Tak, już słyszę że “reklama dźwignią handlu”… Jaka, do cholery, reklama – jeśli boli mnie głowa, to kupię tabletkę za ostatnie pieniądze, a jeśli nie, to nie wezmę jej nawet za dopłatą. Podobno w Polsce mamy najwyższe “spożycie” leków bez recepty, wywołane zmasowaną reklamą. Kim trzeba być, żeby manipulować zdrowych ludzi do jedzenia lekarstw?

Przeglądając tak dziedzinę po dziedzinie znaleźlibyśmy masę ludzi zbędnych. Nie pójdą do innej pracy, bo niewiele więcej potrafią. Absolwenci “administracji” oraz “finansów i bankowości” (pomińmy poziom tych kierunków i załóżmy roboczo, że przygotowują fachowców tychże dziedzin) są w szklanych biurowcach mniejszością. Lwia część to niewykwalifikowani absolwenci czegokolwiek. Problem w tym, że likwidacja stanowisk zajmowanych przez ludzi zbędnych stworzyłaby w mgnieniu oka armię bezrobotnych. Etatu urzędnika nie likwiduje bodaj wysadzenie w powietrze i zalanie wapnem jego urzędu – ale co z licencjatami marketingu i zarządzania pozatrudnianymi w “groupach”, “centerach”, “dywizjach” i “departmentach”? Londyńskie puby nie potrzebują aż tylu pracowników.

Zresztą, co tam kwalifikacje, skoro ambicje nie te. Nie po to wycierało się po rozmowach kwalifikacyjnych i znosiło upokorzenia “ścieżki rozwoju”, nie po to awansowało na “seniorekałnta” czy innego starszego referenta sztabowego, żeby teraz zarabiać na życie w sklepie albo pubie. Inna sprawa – ile tych sklepów musiałoby być?

Wiem coś o tym, uwierz. Przez 10 lat pracowałem w biurze rachunkowym, czyli w branży, która istnieje tylko dzięki pokopanym przepisom. Żaden drobny przedsiębiorca – a to oni utrzymują to państwo, nie molochy mające centralę za granicą – nie dałby złamanego grosza za księgowość, gdyby nie musiał jej prowadzić. Jego prawdziwa księgowość to nie VAT i ZUS, nie książka podatkowa, kasa fiskalna i “Symfonia”, ale notes w kratkę “zapłacił – nie zapłacił – muszę jeszcze zapłacić”. Wszystko inne wynika tylko z narzuconych przepisów i generuje zbędną pracę zbędnych firm. Wykwalifikowane kadry potrzebne byłyby w większych przedsiębiorstwach – porównaj zresztą prestiż przedwojennego buchaltera z dzisiejszą księgową.

Bawimy się – jako społeczeństwo – w fikcyjną edukację, wypuszczając w świat tłumy niedojrzałych posiadaczy świadectwa dojrzałości. Produkujemy “magistrów marketingu”, nie za bardzo wiedząc, czym mają “marketingować” (potworki w rodzaju “gender studies” na razie litościwie przemilczę). Oparliśmy gospodarkę na wirtualnych pieniądzach istniejących dopóki w serwerowniach banków płynie prąd i na dotowaniu działalności gospodarczej z tzw. funduszy. Zbudowaliśmy system, w którym każdy – jak w słynnym skeczu Kabaretu Dudek – “nie ma, ale ma mieć”, a rozwinąwszy gospodarkę nieistniejącą bez kredytów dziwimy się, że “wzrost gospodarczy” wciąż jest za mały. A jakby tego było mało, wyhodowaliśmy jemiołę zbędnych branż zatrudniających armię zbędnych ludzi.

Jemioła obrasta naszą gospodarkę i życie społeczne coraz szczelniej. Problem pasożytów jest jednak taki, że w końcu pokarmu zaczyna brakować. Prawdziwa jemioła pasożytuje więc z umiarem, choć to tylko roślina. Ludzka jemioła ma mniej rozsądku.

Jak mawiali dorośli w latach mojego dzieciństwa – “to w końcu musi pieprznąć”. Pasożyt w końcu zadusi żywiciela, choć ten wydawał się silnym organizmem, ale to oznacza śmierć obu. W praktyce będzie to wyglądać tak, że tłumy ludzi zbędnych obudzą się któregoś dnia bez “funduszy” (bo się skończą), bez klientów (bo zdrenowani zbankrutują) albo bez zasilenia z kasy państwa (bo kreatywna księgowość też ma swoje granice). Na razie wszyscy liczą jednak na to, że ten dzień albo nigdy nie nastąpi, albo przynajmniej nie za ich życia. Dobra wiadomość dla ludzi zbędnych i dla rządzących jest taka, że większość ludzi rzeczywiście w to wierzy. Wierzy – i pracuje jak maszyna, która pożerając tony paliwa niczego (poza spalinami) nie produkuje.

Zła wiadomość jest jednak taka, że każdy chory system miał ambicje trwać wiecznie albo chociaż tysiąc lat. Kończyło się znacznie szybciej…

10 marca 2012 roku