Warszawa, rok 2022. Przygotowania do Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego idą pełną parą. Wprawdzie Warszawiacy narzekają na bałagan związany ze wznowioną budową II linii metra (oficjalnie – dla melomanów zjeżdżających z całego świata) i przekręty przy budowie lotniska dla przylatujących Japończyków, ale nic to. Ważne – mówią zgodnym chórem politycy partii rządzącej – że udało się zbudować w stolicy Narodową Halę Koncertową. Pod Pałacem Kultury stanęła Strefa Słuchacza, z wybudowaną na ten jeden jedyny raz Restauracją Wierzynka (organizatorzy stwierdzili, że Warszawa nie ma odpowiedniej oferty gastronomicznej, więc catering zapewnią specjaliści z Krakowa). Każdy posiadacz biletu na koncert dostał darmowe przejazdy stołeczną komunikacją, z tej okazji po raz pierwszy od Euro2012 umytą…

…a najważniejsze, że na tę imprezkę zrzucili się wszyscy mieszkańcy, i Warszawy, i Polski (konkretnie całej Polski). I lubiący Chopina, i lubiący rap, i ci całkiem głusi. “Chopin to nasza narodowa duma”, przekonuje minister muzyki (który jeszcze kilka miesięcy temu pytał, co to za dyscyplina sportu ten szopen i skąd się biorą szopeniści). Tamdadam-tadadadadadadam, nucą wszyscy Polacy. Prezenterzy TVP zapuścili nawet włosy na wzór Mistrza i zapowiadają telenowele na tle mazowieckiej wierzby. W których to oczywiście telenowelach obowiązkowo umieszczono wątki pianistyczne.

To bardziej fiction, niż science, bo nigdy to się nie stanie. Nikt nigdy nie wpadnie na pomysł takich udogodnień dla hobbystów chcących słuchać Chopina, hodujących kanarki, rekonstruujących historyczne bitwy ani nałogowo czytających książki.

No, dobra, fanów piłki nożnej jest więcej. Ale nikt nie wpadnie również na pomysł, aby umyć  tramwaje i przystanki ot, tak, żeby były czyste dla ludzi jeżdżących codziennie do pracy. Nie można zbudować dróg (albo, ściślej, zapowiedzieć, że się je zbuduje) ot, tak, żeby podróż z miasta do miasta była podróżą, a nie toczeniem się w korku?

Zawsze musi być jakieś pospolite ruszenie, stan wyjątkowy, akcja specjalna? Naprawdę potrzeba jakiegoś meczu, żeby zmyć rzygowiny z peronu? W dodatku – dla szanownych gości, bo stałych mieszkańców mamy w…?

Mam znajomych fascynujących się piłką nożną i bardzo ich lubię. Nie zmienia to jednak faktu, że ich prywatne hobby jest ich prywatnym hobby. Przepraszam – nie “jest”, a “powinno być”. Ja lubię czytać książki – ale nikt mnie nie pyta, czy może wygodniej byłoby mi oddawać się temu hobby w czasie jazdy czystym, punktualnym i niezatłoczonym pociągiem. Nie pyta – a ja nie wymagam, aby  specjalnie powołany minister czytelnictwa wydawał pieniądze podatników na promocję mojego zamiłowania.

Podobnie jak nikt nie zapytał mnie – i milionów Polaków – czy chcą się zrzucić na stadion jednorazowego użytku, na prowizoryczne zamalowywanie brudu na warszawskich stacjach kolejowych, na komunikacyjną makabrę i na szkoły zamykane w dniach meczów.

Kontakt z mass-mediami ograniczyłem do higienicznego minimum, więc szczęśliwie omija mnie zmasowane pranie mózgu wątkami piłkarskimi. Zachowałem dziewictwo jeśli chodzi o znajomość rozpalającej umysły piosenki, o której wszyscy mówią – jeśli nie zdarzy się douszny gwałt w jakimś centrum handlowym, pewnie tak pozostanie. Podobno ma jakieś wątki ludowe (tyle wiem). Skoro jednak wizytówką naszej gastronomii ma być w Warszawie specjalnie zbudowany jednorazowy McDonald’s – miało tam być muzeum sztuki współczesnej, ale nie bądźmy drobiazgowi – to może ma to jakiś sens.

“Jado goście jado” – śpiewa dziewczyna w ludowej piosence i martwi się, że do niej “nie zajado, bo nie ma posagu”. Głupia. Trzeba było odpicować chałupę, żeby myśleli że ma, i jeszcze wkręcać się gościom w zadek, żeby zechcieli ją odwiedzić. Won rodzice, którzy za to picowanie zapłacą, precz z chłopakami z tej samej wsi, których ma na co dzień. “Jado goście jado”, i to jest w tej chwili najważniejsze. Taka to już nasza polska narodowa tradycja.