“…one nic nie znaczą”, śpiewała kiedyś Kora. Ale nie będę dziś pisał ani o miłości z tej piosenki, ani o Korze, ani nawet o jej psie, choć ostatnio ma swoje pięć minut w mediach.

“Słowo przywołuje doświadczenie”, tego uczę na swoich szkoleniach. Wspomniany “pies” to tylko cztery przypadkowe litery, ale w Twojej głowie wywołują one konkretne wspomnienia. Może widok konkretnego psa? Może szczekanie? Potem przychodzą uczucia – przyjemne lub nie. Psa tak naprawdę nie ma, ale Ty uśmiechasz się lub denerwujesz zupełnie jak wtedy gdy stał obok Ciebie. Teraz wyobraź sobie, że chcesz z kimś o psie porozmawiać: dla Ciebie “pies” to ukochany domownik, dla niego groźna bestia. Albo odwrotnie, jak wolisz. Ustalenie wspólnego znaczenia słów to podstawa komunikacji.

Tyle teorii. Ale co ze słowami, które nic nie znaczą, albo błędnie użytymi? Niby wiesz o co chodzi, ale… jakiś zgrzyt pozostaje. To znaczy, mam nadzieję, że pozostaje…

Weźmy jako przykład “gabaryty”, które w całej Polsce są składowane przy śmietnikach i przewożone przez firmy transportowe. Gabaryt to po polsku “wymiar, obrys przekroju”. Przewożą wymiary? Wyrzucają je do śmieci? A może chodziło o “duże gabaryty”, czyli – skrót myślowy – przedmioty większych rozmiarów? “Duże śmieci/ładunki”, pisząc najprościej i bez zadęcia? Nie, u nas nie można wyrzucać dużych śmieci – trzeba składować gabaryty.

Zawrotną karierę robi “formatka”. Kiedy poznałem to słowo – lata temu, w jakimś warsztacie stolarskim – oznaczało kawałek czegoś wycięty w ustalonym kształcie. Od tego czasu “sformatkowało” się jednak wiele innych rzeczy. “Mamy różne formatki umów” – tak informatyk firmy X tłumaczył ostatnio mojej Żonie, dlaczego instrukcja instalacji modemu odsyła ją do nieistniejącej rubryki. “Formatka” jest dłuższa, niż “wzór”, ale brzmi sympatyczniej niż “formularz”. A że bez sensu? Kto by się tym przejmował…

Nieco inaczej jest z innym językowym potworkiem, “cyfryzacją”. Niezupełnie chodzi o wprowadzenie PESEL-u zamiast nazwiska. Dzięki “cyfryzacji” (jak rozumiem, odpowiednikowi “alfabetyzacji”?) ministerstwo zajmujące się m.in. upowszechnianiem użycia komputerów ma wdzięczny skrót “mac”… Od razu nasuwa się stary dowcip o producentach coca-coli namawiających papieża, aby wstawił ich markę po słowach “chleba naszego powszedniego”. Papież się nie zgadza, mimo hojnej oferty, więc nasi bohaterowie  głowią się “ile dali ci goje piekarze”. Spokojnie, znając logikę działania naszego państwa (choć nie wiem, czy nie jest to oksymoron), zapewne “goje z Appla” nie dali nic.

Cyfryzację mogę przeżyć, urlopu “tacierzyńskiego” nigdy. Kto ten wyraz, k**** tać, wymyślił?! Czy jest urlop “mamiński”? Czy mężczyźni mają “tacicę”? Czy w rubryce “imiona rodziców” jest napisane “imię taty, imię mamy”? Oj, niewiele językowych potworków irytuje mnie bardziej – powiedzmy, że “tacierzyństwo” stoi ex aequo z “adopcją psa”. W jednym i drugim wypadku podejrzewam tę samą inspirację: szczerą, niewymuszoną bezmyślność, okraszoną szczyptą nieuctwa.

A inspiracje bywają różne. Jakiś amerykański dziennikarz napisał o aferze “Irangate”? Zaraz, zaraz, oni mieli wcześniej jakąś “Watergate”… No to pewnie – pomyślał dziennikarz znad Wisły – “gate” to po angielsku afera. I się zaczęło! “Orlengate”, “Rywingate” (w niezapomnianej wersji posłanki Beger)… Na miejscu zarządu Okęcia już szykowałbym sztab kryzysowy – tam “gejtów” jest kilkadziesiąt.

Trudno się potem dziwić gimnazjalistkom, że umieszczają w internecie “słitaśne” fotki (to słowo telepie moją Żoną tak samo, jak “tacierzyński” mną).

Oczywiście, język ewoluuje. Wysyłamy “maile” (jakoś do “mejla” nie mogę się przekonać), kupujemy w “markecie”. “Kiepski” nie jest już wulgaryzmem, a “siedzenie na fejsie” nie ma nic wspólnego z sadomasochistycznym seksem. Czym innym jest jednak – tak sądzę – dodawanie do słownika wyrazów opisujących nowe zjawiska albo upraszczających komunikację, a czym innym jego zaśmiecanie. Nawet, jeśli te śmieci nie mają dużych gabarytów.

Zresztą, czy chodzenie na “urlop ojcowski” zamiast “tacierzyńskiego” (tak jak “włączanie światła” zamiast “włanczania”), nie byłoby lepszym dowodem patriotyzmu, niż wywieszanie na balkonie biało-czerwonej reklamy piwa?