Moja Żona odbywała służbową rozmowę z pewną panią mającą wpływ na świadomość i pozycję kobiet w Polsce. Ujmuję to w tak ogólny i niemożliwy do zidentyfikowania sposób, bo chodzi o szersze zjawisko, a nie piętnowanie kogoś konkretnego.

Był włączony zestaw głośnomówiący, więc słyszałem całą rozmowę. W rezultacie musiałem zagryzać rękę, żeby nie wybuchnąć śmiechem – choć moja Żona po rozmowie wyglądała, jakby ją ktoś zbił, skopał, a na koniec przejechał walcem.

Bo choćby przyszło tysiąc Korwinów i każdy nie wiem, jak się wytężał, to nie okazaliby takiej niewiary w intelekt, zdolności i szerokość horyzontów Polek, jak ta pani. Ona była jednym wielkim stereotypem, antykobiecym wzorem z Sèvres. Rozmowa dotyczyła technologii (tym zajmuje się moja Żona), usłyszałem więc, że “kobiety się generalnie na tym nie znają i nie interesują”, jest im to niepotrzebne, “na świecie być może jest inaczej, ale w Polsce…”, że na użytek kobiet trzeba takie tematy upraszczać i ograniczać.

Zaznaczam: rzecz dzieje się w kraju, w którym kobiety kształcą się statystycznie częściej i wyżej od mężczyzn oraz stanowią połowę wszystkich menedżerów (średnia unijna to nieco ponad 1/3). W całej historii Polska miała też więcej premierów-kobiet, niż jakikolwiek inny kraj w Europie (a na świecie tylko w jednym było więcej). To ostatnie wspominam jednak tyko jako ciekawostkę, bo niebezpiecznie zbliżylibyśmy się do parytetów (które uważam za obraźliwe dla samych kobiet).

Wiem, w wielu branżach kobiety są rzadkością. Żeby daleko nie szukać: moja Żona zajmuje się motoryzacją, dziedziną zmaskulinizowaną, ale zna się na tym naprawdę imponująco. Wiem, w wielu dziedzinach kobiety mają pod górkę. Od dawna powtarzam jednak, że to “kobiety kobietom zgotowały ten los”.

Znacznie częściej stykałem się bowiem z lekceważeniem, poniżaniem lub zwalczaniem kobiety z tzw. powodów pozamerytorycznych przez szefową lub koleżankę, niż przez szefa lub kolegę. W znanych mi organizacjach i firmach żaden szef-mężczyzna nie bywał dla podwładnych-kobiet tak perfidny, jak to potrafiły szefowie-kobiety. O stosunku niektórych nauczycielek do ładniejszych uczennic aż głupio pisać. Oczywiście mówię o ekstremach, bo przede wszystkim spotkałem wielu wspaniałych szefów i nauczycieli płci obojga.

Nigdy nie zetknąłem się też z sytuacją, w której szef-facet zamówił szkolenie dla zespołu w większości kobiecego tuż przed Świętami albo w dzień rozpoczęcia lub zakończenia roku szkolnego. Sprawiedliwie czy nie, ale kobiety są wtedy bardziej obciążone (i nie trzeba kończyć gender studies, aby to wiedzieć). Gdy moimi klientami były szefowe-kobiety – oj, zdarzało się. Nigdy w służbowej sytuacji nie usłyszałem od faceta, że coś będzie dla kobiet za trudne do zrozumienia, za szerokie, niepotrzebne, albo żeby coś uprościć lub pominąć “bo to jednak wiesz, dziewczyny się tym nie bardzo… hmmm… zainteresują”. Od kobiet – owszem. W usłyszanej rozmowie mojej Żony ta ostatnia sprawa była jednym z głównych wątków.

Nawet jedyny znany mi osobiście przypadek, gdy zanegowano czyjeś kwalifikacje na stanowisko kierownicze tylko z powodu płci żeńskiej też zmontowały kobiety. Nota bene kandydatka rzeczywiście się nie nadawała, ale z zupełnie innych powodów, a jej męski kontrkandydat nie nadawał się tak samo.

Mówimy oczywiście o MOICH doświadczeniach. Jeśli masz inne – gratuluję. Niezależnie od tego w każdym konkretnym przypadku warto widzieć człowieka, a nie tylko statystykę.

Swego czasu była modna piosenka, właśnie o stereotypach, z frazą “Uwolnij umysł, bądź ślepy na kolory”. Chyba rzeczywiście w praktyce jestem ślepy na kolory i płeć przy ocenie czyichś kompetencji, cech i możliwości. Mądry albo głupi, uprzejmy albo chamski, myślący szeroko albo ograniczony, kompetentny albo nie – muszę to ustalić, ale płeć niewiele mi w tym pomoże.

Jeśli jednak spotykam kogoś, kto deklaruje otwartość, poparcie dla równouprawnienia i brak stereotypów, a sam jest jednym wielkim uprzedzeniem, to jakoś nie mogę się przestać śmiać. Choć, w sumie, to raczej smutne, niż śmieszne.

Jerzy Rzędowski

(13.09.2019)