Najbliższe wybory prezydenckie ma przeprowadzić Poczta Polska. Pojawił się też pomysł, by pomogło w tym wojsko. Gdyby dołączyć inne instytucje państwowe, to orzecznicy ZUS mogliby weryfikować głosy nieważne, a NFZ – zadbać o porządek w kolejkach przed urno-skrzynkami.

Ale czy nie można przeprowadzić wyborów jeszcze prościej, a do tego atrakcyjniej? Czy nie można bardziej zjednoczyć Polaków, a przy tym zaangażować kandydatów, pokrzywdzonych ograniczeniem kampanii wyborczej?

Tu z pomocą przychodzi telewizja. Poradziła sobie z zastąpieniem szkoły, równie dobrze przeprowadzi wybory prezydenckie.

Na przykład, dlaczegóż nie zastosować przy elekcji prezydenta znanego formatu “Tańca z gwiazdami”? Kandydaci tańczyliby solo – to zapobiegłoby kontaktowi fizycznemu, a zarazem oskarżeniom o forowanie jednego z kandydatów (który już w TzG uczestniczył, ale w parze). Znani jurorzy komentowaliby taniec on line, a widzowie wysyłaliby SMS-y. Ta metoda ma dwie podstawowe zalety: można głosować bez wychodzenia z domu, a dodatkowo zebrać środki na walkę z wirusem. SMS z głosem to tylko kilka złotych, ale przemnóżmy to przez liczbę wyborców.

Nie ma wyborów bez emocjonującej debaty. I tu na scenie pojawia się Tadeusz Sznuk, jako prowadzący program “1 z 10”, a właściwie “1 z 6”. Stanowiska kandydatów oddalone o przepisowe 2 metry, znane sygnały dźwiękowe… “Pani Małgorzato, pytanie z higieny. Gdzie należy nosić maseczkę: na ustach czy na brodzie?” Nie ma wątpliwości, że prowadzący ułożyłby zestaw tak inteligentnych i podchwytliwych pytań, aby wyrównać szanse kandydatów.

W tym trudnym czasie szczególnie potrzebujemy rozrywki, a kto nas rozbawi lepiej, niż Karol Strasburger? Kandydaci pojawiliby się w studiu “Familiady” i odgadywali, jak większość respondentów odpowiedziała na konkursowe pytania. “Czego najbardziej potrzebują Polacy w czasie pandemii?” (chwila ciszy, a po niej smutny sygnał) “Nie, Andrzeju, to nie są wybory”. Pytania ułoży Państwowa Komisja Wyborcza na podstawie propozycji sztabów kandydatów, punkty zliczy komputer.

“Kalambury” – kolejny stary, trochę zapomniany, ale nadal znany i lubiany format. Oczywiście to wybory, a nie spotkanie u cioci na imieninach, więc hasła byłyby zaczerpnięte z konstytucji. Wyobrażacie sobie Małgorzatę Kidawę-Błońską pokazującą “dobro wspólne” Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi bez pokazywania palcem Szymona Hołowni? Albo Andrzeja Dudę wyobrażającego gestami “trójpodział władzy”? Albo – Krzysztofa Bosaka pokazującego, że “władza zwierzchnia należy do narodu” tak, by skojarzył to Robert Biedroń? Cała Polska rżałaby ze śmiechu, a palce same wystukiwałyby numer SMS-a na wybranego kandydata. Zwycięzca już w dniu zaprzysiężenia miałby ocieplony wizerunek.

Równie atrakcyjna metoda wyłonienia prezydenta w czasie pandemii to turniej “Jaka to melodia”. Zamiast fragmentów piosenek byłyby jednak fragmenty programów wyborczych ich partii i archiwalnych wypowiedzi działaczy, oczywiście ze zniekształconym cyfrowo głosem. Łezka w oku by się zakręciła na wspomnienie tego, co na przykład mówili kiedyś partyjni liderzy o głosowaniu korespondencyjnym, a i zabawa mogłaby być przednia. Ale – zabawa zabawą, a umiejętność udowodnienia, że A tak naprawdę znaczyło B, to cenna kompetencja każdej głowy państwa.

Pomysłów jest wiele, wystarczy tylko “myśleć poza pudełkiem”, jak mówią Amerykanie. Mógłby się wprawdzie pojawić pewien mały, choć poważny zarzut: takie podejście do wyborów ośmiesza państwo. Na ten jeden zarzut jest również jedna, oczywista odpowiedź: to nie ja zacząłem.

(c) Jerzy Rzędowski 2020